Dobrze, że jesteś!

Jesteśmy ludźmi, którzy od wielu lat przyglądają się zjawisku homeopatii, jego wpływowi na życie i relacje. Skutki leczenia przeżyliśmy na własnej skórze. Doświadczyliśmy również uwolnienia od homeopatii, co dało nam zapał do tego, by dzielić się tym tematem z innymi.
Ta strona jest żywa!

Czekamy również na Twoje opinie:

  • jeżeli stosujesz homeopatię - jak to przeżywasz?
  • zrezygnowałeś i możesz podzielić się z nami swoim doświadczeniem?

Napisz! 

Wyrwana z homeopatii

Pierwszy raz o homeopatii usłyszałam pod koniec lat 80 tych. Wraz z mężem studiowaliśmy w Poznaniu, gdzie byli dosyć znani homeopaci oraz prężnie działające Towarzystwo Homeopatyczne, zrzeszające kilku dobrych lekarzy. A ponieważ mój mąż cierpiał z powodu alergii spróbowaliśmy jednorazowo skorzystać z tego typu leczenia.

Byliśmy młodym, szczęśliwym i kochającym się małżeństwem. Kilka lat wcześniej przeżyliśmy głębokie nawrócenie. Wydawało się nam, że jesteśmy blisko Boga, że rzeczywistość duchowa jest dla nas ważna, że na Nim pragniemy budować nasze wspólne życie. Formowaliśmy się w duszpasterstwie akademickim, poznaliśmy Odnowę w Duchu Świętym, żyliśmy Bogiem na co dzień przeżywając intensywnie relację z Nim. Był to czas radości i wzrostu duchowego.

Inicjacja

Kiedy nasz pierwszy syn w wieku 2-3 lat zaczął chorować i leczenie tradycyjne okazało się mało skuteczne, a wręcz wydawało mi się szkodliwe, zaczęłam poszukiwania alternatywnych metod. Po kolejnym zapaleniu oskrzeli i podaniu antybiotyku pojawiła się u syna alergia i wtedy trafiłam do lekarza homeopaty. Efekty tego nowego, naturalnego i "wolnego od skutków ubocznych" leczenia wydawały się rewelacyjne. Byłam zachwycona. Okazało się, że w naszym mieście, do którego wróciliśmy po studiach, pracowała wyjątkowo dobra, zaangażowana i życzliwa lekarka - homeopatka. Wkrótce stała się dla nas wielką pomocą i przyjacielem rodziny. Mogłam do niej zadzwonić nawet w nocy, a wielokrotnie tego potrzebowałam. Po kilku latach stała się ona naszym "rodzinnym terapeutą" - ingerowała w różne sfery naszego życia, miała wpływ na to co jemy, jak myślimy, czy nawet - jakiej muzyki słuchamy. Od tego czasu praktycznie nie używaliśmy medycyny konwencjonalnej, a homeopatycznie leczyliśmy wszystkie schorzenia: od kataru i zatrucia, przez anginy, po zapalenie oskrzeli i płuc - włącznie. Przyjmowaliśmy najczęściej bardzo wysokie potencje, a to znaczy, że ingerencja na wszystkich poziomach (także tym duchowym) była bardzo głęboka.

Jak mówią podręczniki - to ingerencja w głębokie struktury molekularne, energetyczne i informacyjne. Po latach przeczytałam w jednym z artykułów ojca Aleksandra Posackiego SJ: "(...)Uważa się, że niektóre wysokie potencje mogą być niebezpieczne. Homeopaci mówią, że bardzo wysoki stopień rozcieńczenia oznacza wyjątkowo silną ingerencję w struktury molekularne za pomocą potężnej energii, która jest tym większa, im mniejsze jest stężenie leku. Niektórzy z nich twierdzą otwarcie, że energia ta nie zna granic i dlatego człowiek zażywający środki homeopatyczne - jako swoista kula energetyczna - może oddziaływać na otoczenie w sposób niekontrolowany..."

Pamiętam swój pierwszy kontakt z lekiem homeopatycznym. Często chorowałam na nieżyty gardła i anginy. Przy kolejnym bólu gardła i złym samopoczuciu, zwróciłam się do naszej nowej pani doktor i dostałam odpowiedni dla mnie lek. Był to tzw. lek konstytucjonalny o bardzo wysokiej potencji, który, jak okazało się później, był dobrze "trafiony". To znaczy, że reakcja mojego organizmu okazała się bardzo wyraźna, a dla mnie samej - trochę dziwna, wręcz...zatrważająca. Pamiętam jak leżałam w łóżku z ogromnymi bólami w całym ciele, z podwyższoną temperaturą i wielkim zmęczeniem – zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Wtedy również chyba pierwszy raz tak wyraźnie pojawił się we mnie niepokój o życie. Przez chwilę, z powodu ogromnego wyczerpania, bałam się, że umrę.
Fanatyzm i zaangażowanie

Od tego czasu (można powiedzieć od tej "inicjacji") owe lęki o życie i zdrowie moje i moich najbliższych dosyć często przeplatały się z ogromną pewnością, wręcz fanatyzmem co do skuteczności homeopatycznego leczenia i trafności wyboru tej metody. Czasami swoją postawą - uporem i konsekwencją w leczeniu ciężkich schorzeń u moich dzieci, np. przeciągającego się zapalenia oskrzeli, czy poważnego zapalenia płuc, doprowadzałam do rozpaczy moją mamę, która nie rozumiała tej metody leczenia.

Alergie i choroby czasowo ustępowały, ale również wielokrotnie zaostrzały się, a także pojawiały się zupełnie nowe dolegliwości. U mnie, na przykład, w tym czasie rozwinęła się alergia. Na początku tylko taka wiosenna, potem reagowałam także na kurz, i w końcu doczekałam się ostrej astmy…, którą leczyłam - oczywiście - homeopatią. Wszystkie zaostrzenia chorób i pogorszenia stanu zdrowia były dla mnie zrozumiałe i wytłumaczalne w całym, długim procesie ozdrowienia. Byłam przekonana i przekonywałam innych, że homeopatia działa, a organizm przez nią staje się coraz mocniejszy i odporniejszy.

Czytałam książki specjalistyczne, artykuły w różnych językach, myślałam nawet o tym by wyjechać do Holandii na kurs homeopatyczny, gdyż tam nie trzeba było być lekarzem by zdobyć uprawnienia do bycia homeopatą. Zafascynowana holistycznym podejściem do leczenia człowieka uważałam, że ta dziedzina jest wiedzą wyższego rzędu w stosunku do tzw. medycyny konwencjonalnej. Poznawałam dokładnie "obrazy leków", a po kilku latach często leczyłam siebie i innych bez konsultacji lekarza. Czułam, że przynależę do wspólnoty ludzi, którzy dobrze rozumieją czym jest homeopatia. Ludzi skupionych wokół naukowców, którzy tworzą rewolucyjny prąd myślowy we wszystkich naukach przyrodniczych, z medycyną włącznie. Rysowało się to wszystko jako nowy ,"informacyjny" paradygmat.
Nieświadoma zagrożeń przekonałam do tej metody leczenia wielu przyjaciół i znajomych.


Stan ducha pacjentów homeopatycznych

Szybko zauważyłam, że osoby podatne na homeopatię to często ludzie wrażliwi na piękno i dobro. To miłośnicy ekologii i naturalnego, zdrowego żywienia. To osoby poszukujące głębi i duchowości, również w sferze innych metod doświadczania ciała i ducha takich jak: medytacje wschodnie, joga, reiki, wahadełka, bioenergoterapia. Nasza lekarka zalecała swoim pacjentom "masaże" reiki, używanie wahadełka, przygrzewanie moksą, a także leczenie zranień w relacjach poprzez tzw. ustawienia systemowe Hellingera.

Osoby korzystające z homeopatii to osoby, które w swoisty dla siebie sposób widzą Boga we wszystkim, zwłaszcza w sobie i swoich tzw. "nadprzyrodzonych" umiejętnościach; zdolnościach przewidywania pewnych spraw, czy "wyjątkowej" empatii. Dostrzegają Boga we wszystkim co wokół nich dzieje się w przyrodzie i w tzw. "boskiej" energii. Na swój prywatny użytek tworzą swoisty ekumenizm o charakterze uniwersalistycznym, który pozwala im zachwycać się wschodnimi religiami, medytacjami, ćwiczeniami ciała i ducha, jak joga, Chikung, Tai- chi, itp.
To osoby, dla których, jak często słyszałam: "najważniejsze to kochać i być kochanym". Często wbrew wcześniejszym ślubom.

Ja również byłam pewna tego, że kocham Boga i że wszystko co mam i robię - od Niego pochodzi. Dziękowałam Mu również za homeopatię i inne sfery wiedzy ezoterycznej, w które chętnie się zagłębiałam. Dziś wiem, że stwarzałam sobie Pana Boga na własne podobieństwo, i dopasowywałam do własnych potrzeb. Chociaż nadal, w niedziele chodziliśmy do kościoła, to coraz bardziej rosła we mnie niechęć do uczestniczenia w Eucharystii, a jeżeli już to najchętniej bez głoszenia Słowa Bożego, które najczęściej wydawało mi się być na zbyt niskim poziomie intelektualnym. Odczuwałam też niechęć do codziennej modlitwy, czy spowiedzi, z której ostatecznie korzystałam tylko w święta.
Zamknięte uszy

Z homeopatii korzystaliśmy 14 lat. W tym czasie nie słyszałam, albo raczej nie chciałam usłyszeć nic złego na temat tej metody leczenia. Dziś powiem inaczej: nie byłam w stanie usłyszeć nic złego na ten temat. Niestety osoby, które próbują przekazać komuś ostrzeżenie, że homeopatia jest zła i szkodliwa, robią to często w taki sposób, który automatycznie zamyka dotkniętych problemem na słuchanie. Zaczepne pytanie w stylu: "co niby działa w tej homeopatii..?"; podważanie jej działania, czy skuteczności; mówienie, że to sama woda, a tzw. kulki to cukier, w których w ogóle brakuje substancji wyjściowej - to najprostsza droga do zamknięcia osoby korzystającej z homeopatii na przekaz, który mógłby uratować jej życie. To bardzo istotne – musimy wiedzieć, że osoby zażywające homeopatię są głuche na takie argumenty!
To do nich nie dociera, bo "wiedzą lepiej"!

Kiedy słyszałam tego typu zaczepki i śmieszne tezy - myślałam po cichu, albo nawet głośno ripostowałam, że takie gadanie to kompletna ignorancja i ciemnogród. Miałam swoje jasno sprecyzowane poglądy i "wiedzę" na temat mechaniki kwantowej określającej charakter zjawisk zachodzących w obszarze biopola. W jakiś dziwny sposób oczywistym dla mnie było (z wykształcenia jestem humanistą), że stosowanie homeopatii to przede wszystkim przetwarzanie informacji elektrycznej, magnetycznej, chemicznej itp. Moja pewność poparta była doświadczeniem wielu lat skuteczności działania homeopatii.

Jestem przekonana, że osoby które "świadomie" korzystają z homeopatii (jeżeli w ogóle można być tutaj świadomym) mają bardzo dużą wiedzę na temat jej działania, potencjalizacji leków itp. Ja również WIEDZIAŁAM o niej dużo, znałam dokładnie "obrazy leków", ale…

Wiedza ukryta – kim jest Twórca ?!

... za to niewiele mogłam powiedzieć o samym twórcy homeopatii. Słyszałam jedynie, że był niezwykłym erudytą, człowiekiem znającym siedem języków! Wyczytałam również, że wiedzę na temat homeopatii Hahnemann pozyskał w jakiś nadprzyrodzony sposób. Przeciwnicy zarzucali mu oszustwo, podważając możliwość zobrazowania, czyli poznania i opisania działania tylu leków w tak krótkim czasie. Niestety, nigdy nie usłyszałam, i nie wiedziałam tego, że był okultystą, że jak sam twierdził: "swoją wiedzę otrzymał w czasie seansu spirytystycznego". Nie znałam też jego przerażającego życiorysu.

Dr H. J. Bopp, badacz homeopatii, doktor medycyny w Saint Gall w Szwajcarii pisze: "Twórcą homeopatii – w takiej postaci, jakiej naucza się i jaką się praktykuje obecnie, jest bezsprzecznie Samuel Hahnemann, urodzony w 1755 roku w Miśni, syn malarza na porcelanie. Jako dobry student miał możliwość studiowania medycyny w Lipsku, Wiedniu i Erlangen. Jakiś czas potem ożenił się z córką pewnego lekarza. Ponieważ nie odniósł sukcesów jako lekarz w Lipsku, jego liczna rodzina (składająca się z jedenaściorga dzieci) żyła w nędzy. Historia jego życia to swoista tragedia: z trzech synów jeden umarł wkrótce po narodzeniu, drugi – psychicznie chory – zniknął pewnego dnia bezpowrotnie. Z ośmiu córek, jedna umarła w czasie porodu, druga w wieku trzydziestu lat, dwie inne zostały zabite, pozostałe rozwiodły się z mężami (co było losem tragicznym dla kobiety tamtej epoki). W wieku siedemdziesięciu dwóch lat Hahnemann stracił żonę, zaś w osiemdziesiątym roku życia ożenił się z pewną paryżanką. W Paryżu spędził też ostatnie lata swojego obfitującego w "sukcesy" życia. Umarł w 1843 roku."

Pożyteczne jest zatem i niezbędne przestudiowanie duchowej orientacji Samuela Hahnemanna. Wiemy, że był członkiem loży masońskiej. Znaczącym jest fakt, że na stronie tytułowej swego Organonu umieścił dewizę wolnomularzy: Aude sapere (Miej odwagę poznać).

Dr H. Unger trafnie opisuje nam jego duchową osobowość: "Podobnie jak Goethe - Hahnemann łączy w swojej osobie dwa prądy gatunku klasyki niemieckiej: idealizm panteistyczny natury oraz idealizm racjonalny masonów (Journal suisse d'homéopathie nr 1/1962). Rozumiemy teraz pokrewieństwo istniejące między spadkobiercami duchowymi Goethego, czyli antropozofami, oraz tymi od Hahnemanna – homeopatami. Jedni i drudzy posiadają podobną wizję transcendencji.

W okresie późniejszym Hahnemann związał się z religiami wschodnimi, potem zaś zupełnie odrzuciwszy Chrystusa, Jego Osobę, naukę i Ofiarę, za wzór do naśladowania przyjął Konfucjusza. (…) Już samo przyjęcie i leczenie homeopatią jest owocem praktycznego uznania filozofii i religii hinduizmu. Kontakt z niematerialną istotą rzeczy, z niewidzialną siłą świata eterycznego, działającego w leku, kala chrześcijanina…..Tajemne, okultystyczne działanie w homeopatii przenosi się na osobę chorego, poddaje go (świadomego lub nie) działaniu złego ducha. Wielokrotnie rezultatem tego jest pewien związek z szatanem. Można zostać wyleczonym z choroby ciała, ale za to następuje w człowieku zachwianie równowagi psychicznej, a w życiu duchowym regres. Znaczącym jest fakt, że często w tych rodzinach, które stosują takie metody leczenia, spotkać można depresje."

Niepokoje i trudności

W tym czasie zaczęły u mnie pojawiać się trudności w sferze duchowej i psychicznej coraz częściej odczuwałam awersję do modlitwy, nieufność, niepokój, brak radości, kryzysy w relacjach, i to z najbliższymi. Dręczyły mnie różne niepokoje, brak ufności, smutek, zniechęcenie, często apatia. W kontaktach z dziećmi i mężem pojawił się brak miłości i cierpliwości, czasem agresja a nawet przemoc. Żyłam w kłamstwie i grzechu. Moja relacja małżeńska dotarła do krawędzi. Pojawił się rozłam, brak dialogu i wzajemne pretensje. Wkrótce dołączyła depresja, niechęć do pojednania i poszukiwanie akceptacji na zewnątrz małżeństwa. Było mi bardzo źle. Cierpiałam na duszy, ale również na ciele. Zaczęłam cierpieć na dziwne choroby, w tym - jakby zapaści cielesne, podczas których serce mi stawało. Diagnoza lekarska wykazała nadmierne wyczerpanie, jednak bez konkretnych przyczyn fizycznych. Miało to podłoże psychosomatyczne, wynikające z mojego długotrwałego wewnętrznego cierpienia. Zaczęłam się coraz bardziej lękać o swoje życie…

Kryzys - poszukiwaniem światła
 
Pewnej nocy, gdy po takiej zapaści przyjechało pogotowie – zapytano mnie, czy się czegoś nie naćpałam, bo byłam w stanie jakby pół-śpiączki organizmu, a ja czułam, jakby ze mnie życie uciekało. Wtedy przyszła do mnie myśl, że jak w tym stanie umrę to czeka mnie piekło! To był moment, kiedy zaczęłam bardzo gorąco prosić: - Panie Boże ratuj! Pomóż mi!

Po tygodniu od tego wydarzenia w naszej parafii pojawił się ksiądz egzorcysta, który w niedzielę głosił homilie, i który, dziwnym trafem, wprosił się do nas na obiad. Opowiadał o doświadczeniu żywego Boga, o Jego miłości do nas. Byłam tym bardzo poruszona, serce biło mi coraz szybciej i słyszałam jakby wewnętrzny głos "przyjdź do Mnie". Podjęłam decyzję o zmianie swojego życia, o powrocie do Pana Boga. Usłyszałam też wtedy, po raz pierwszy w życiu tak wyraźnie, że homeopatia to okultyzm. I to jedyne, co w całej rozmowie z tym wspaniałym księdzem mi nie pasowało. Odczułam bunt. Od tego momentu, oprócz poszukiwania Boga, zaczęłam szukać też uzasadnienia stosowania homeopatii i argumentów na to, że nie jest ona taka zła. I oczywiście trafiałam na wiele dobrych słów w tym temacie, nawet ze strony osób duchownych. Szczególnie pamiętam wypowiedzi dominikanina, ojca Jacka Norkowskiego, które były dla mnie usprawiedliwieniem i otwartą furtką do korzystania z homeopatii. A przecież Kościół jasno mówi poprzez swoich kapłanów – egzorcystów i ich doświadczenie, że homeopatia jest złem. Również jasno można o tym przeczytać w dokumencie Kościoła "Jezus Chrystus - dawca wody żywej".
Być letnim albo gorącym

W moim życiu zaczął się bardzo trudny rok. Wkroczyłam na teren walki duchowej. Z jednej strony pragnęłam zbliżyć się do Boga, a z drugiej – nie chciałam odrzucić homeopatii. Doświadczałam dziwnych zdarzeń. Kilka razy otarłam się o śmierć. Zawsze byłam dobrym kierowcą, teraz jednak: to zasnęłam za kierownicą, co nigdy wcześniej, ani później mi się nie zdarzyło, to - prawie wjechałam pod pociąg. Dziś rozumiem, że to duch śmierci walczył o mnie zacięcie. Mocno na swojej skórze doświadczyłam jak trudno jest wyrwać się z mocy złego. Szczególnie wtedy, gdy go nie rozpoznajesz jako zło.

Siła modlitwy

Potem dowiedziałam się, że ten kapłan, który nas wtedy odwiedził, cały czas modlił się za nas. Zupełnie jakby jeszcze pilotował na odległość, utrzymując z nami kontakt zapowiedział ponowne odwiedziny. Widzę w tym ogromną łaskę od Boga. Miał przecież pod opieką tylu innych ludzi, a poświęcił czas właśnie nam! Pojawił się kilkakrotnie. Tak się składało, że podczas każdych jego odwiedzin, akurat byli u nas goście. Gdy z nimi rozmawiał, przyglądaliśmy się, jak otwierali się na Boga, po wielu latach przystępowali do spowiedzi i dokonywała się namacalna przemiana ich życia. Za każdym razem coś w nas pękało.

Przełomowym momentem okazały się rekolekcje z założycielem i przewodniczącym Międzynarodowego Stowarzyszenia Modlitwy o Uwolnienie - Rufusem Pereirą. Kiedy o nich usłyszałam, zapragnęłam pojechać. Podczas jednej z wizyt – zapytałam naszego znajomego egzorcystę czy możemy wziąć w nich udział. Odpowiedział mi: - Słuchaj, ty cały czas siedzisz w tej homeopatii. Ja nie widzę sensu, żebyś tam jechała, bo po prostu nie przeżyjesz tego. Masz cały czas pozamykane uszy. Nie rozumiejąc o co chodzi nalegałam. Odpowiedział: - W takim razie musisz tę homeopatię jednoznacznie odrzucić. Zostawiam ci czas do jutra, pożegnaj się z tym i się pomodlimy. A ja bardzo zdziwiona odpowiedziałam, nie zastanawiając się wiele: - To w takim razie, ja chcę to odrzucić teraz! Mówiłam to jednak, nie mając tej decyzji w sercu, ale tak, jakby przemawiał jedynie umysł. Ksiądz wciąż zachęcał, bym to przemyślała, by dać mi czas. I znowu przekonywałam - Nie! Ja chcę to zostawić teraz! Te rekolekcje wydawały mi się takim ratunkiem, że byłam gotowa spełnić i ten warunek. 

Wtedy spojrzał na mnie z wyrozumiałością i poprowadził modlitwę. Była ona bardzo długa i głęboka. Obejmowała także inne furtki otwierania się na zło. Gdy jednak doszliśmy do tematu homeopatii, miałam takie doświadczenie, jakby ziemia usunęła mi się spod nóg. Zaczęłam się bardzo bać, bałam się tego, że muszę ją odrzucić, że to się już dokonuje. Lęk był ogromny. Doświadczyłam wtedy czegoś bardzo dziwnego. Jakbym była na zewnątrz tej sytuacji i widziała siebie w dwóch osobach. Jedną, która bardzo pragnie Pana Boga i chce się do Niego przytulić, a drugą – która myśli, że przecież bez tej homeopatii to wszyscy poumieramy, że nie możemy bez tego żyć. Tą pierwszą – coś jakby fizycznie unosiło do góry, a drugą – ściągało w dół. Patrzyłam na nią z przerażeniem, politowaniem i współczuciem, gdyż nie mogła się wyrwać z lęku o zdrowie. Przyglądałam się temu jakby z zewnątrz z zastanowieniem – o co tu chodzi? Czym ta homeopatia jest tak naprawdę? Co to za siła tak trzyma i ciągnie w dół, co powoduje mój ogromny irracjonalny lęk? Byłam bardzo poruszona tym odczuciem pochwycenia i trzymania mnie przez jakąś niezrozumiałą dla mnie siłę. Nie miałam na to innej odpowiedzi jak płacz i wielki żal przepełniony bólem i lękiem.

Ksiądz był jeszcze u nas przez pół dnia. Widział poruszenie jakie wywołała modlitwa i jakie wciąż dokonywało się we mnie. Wewnątrz cała drżałam, wciąż w głowie krążyły mi myśli, że wkrótce pewnie zachorujemy i poumieramy. Następnego poranka podzieliłam się tą myślą z jedną osobą z mojego otoczenia. Odpowiedziała wtedy coś dla mnie zaskakującego: - Pan Bóg tak wszystko uczyni, że wy w ogóle nie będziecie chorować! Wtedy po policzkach popłynęły mi łzy radości mieszanej z niedowierzaniem.

Atak objawów

Na drugi dzień po modlitwie, po południu, bardzo źle się poczułam. Samopoczucie pogarszało się z minuty na minutę. Zaczęło boleć mnie gardło. Poszłam do łazienki i obejrzałam je w lustrze. Po chwili, gdy sprawdziłam ponownie – było już opuchnięte. Nie minęło pół godziny, a byłam w stanie dostrzec na nim ropne stany zapalne. Całe ciało ogarnęła wysoka gorączka. Wyglądało na to, że ni stąd ni zowąd, zachorowałam na rozwijającą się w piorunującym tempie anginę.

Gdy wychodziłam z łazienki, zadzwonił telefon. Gardło było tak spuchnięte, że ledwo mogłam powiedzieć "Słucham". Był to ksiądz egzorcysta, który pytał wesołym głosem jak się czuję. Gdy usłyszał o mojej chorobie – roześmiał się (wiedział, że zły chce mnie przestraszyć). Pomodlił się przez telefon i kazał wypłukać gardło wodą z solą egzorcyzmowaną, którą podobno zostawił mi na stole. Po godzinie, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, wszystkie objawy ustąpiły! To była pierwsza lekcja, która miała mi pokazać jak radzić sobie przy okazji kolejnych ataków, które jeszcze przez jakiś czas pojawiały się dosyć często i równie szybko odchodziły.

Proces oczyszczenia

Niedługo potem pojechałam na upragnione rekolekcje i tam zaczął się proces mojej odnowy. Przeżyłam kolejną modlitwę o uzdrowienie. Dowiedziałam się, że wśród wszystkich zagrożeń duchowych – to właśnie homeopatii mam się regularnie wyrzekać, także na spowiedzi i zawsze, gdy tylko ten temat powróci w myślach. Rozpoczął się długi proces mojego oczyszczenia.
W ciągu kolejnego roku, tych modlitw wstawienniczych przeżyłam jeszcze kilka. Za każdym razem przynosiły one wyraźne zmiany w moim życiu. Zastanawiałam się, czy nie jest tego za dużo. Ale ponieważ ich nie szukałam, wierzę, że widocznie Bóg uznał, iż były mi potrzebne.

Tym bardziej, że czekały mnie kolejne kroki: tj. wyrzucanie leków, książek i materiałów związanych z homeopatią. To wszystko nie przyszło mi łatwo. Pozbycie się leków wiązało się z tak wielkim trudem, że bałam się nawet myśleć, co to będzie, gdy zostanę zmuszona do podzielenia się moim doświadczeniem uwolnienia w celu uratowania innych. Obawy potwierdziły się, ale nie mogły mnie zatrzymać, gdyż świadectwo o homeopatii zostało mi zadane jako pokuta podczas spowiedzi.

W całej tej historii ważne jest też to, że wszystkie nasze dolegliwości, przewlekłe alergie, astma i inne choroby, które leczyliśmy wcześniej homeopatycznie, ustąpiły. Do tej pory ani razu nie zachorowałam na anginę, cała moja rodzina prawie wcale nie chorowała i nie musiała stosować antybiotyków. Odzyskaliśmy zdrowie duszy i ciała, radość i pokój serca. Otrzymaliśmy nowe życie w Bogu.

Minęło kilka lat od modlitwy uwolnienia, która otworzyła moje serce, oczy i uszy na Pana Boga. W tym czasie na mojej drodze stanęło wielu ludzi, którym musiałam opowiedzieć o moim doświadczeniu. Byli wśród nich również kapłani - niektórzy całkiem przekonani, że w homeopatii nie ma nic złego, inni - nie mający na ten temat zdania, i jeszcze inni - wątpiący w jej działanie. Duch św. przemieniał również ich serca. Mówili, że zachęciłam ich do sięgnięcia po lekturę na ten temat, po polecane przeze mnie artykuły ojca Aleksandra Posackiego SJ –specjalisty w zakresie teologii duchowości "alternatywnych", nowych ruchów religijnych i sekt oraz problematyki okultyzmu i ezoteryki.

Dziś wiem, że to Jezus Chrystus jest Panem mojego życia i śmierci, że On jest moim najlepszym lekarzem i nauczycielem, że On kocha mnie i troszczy się o mnie jak nikt inny. Jak sam obiecał - jest Dobrym Pasterzem i prowadzi mnie do życia w obfitości.

Kiedy przychodzą trudności - klękam przed Panem. Moją pomocą jest On sam - modlitwa, codzienna Eucharystia, spowiedź, kierownik duchowy, rekolekcje oraz uczenie się rozeznawania według św. Ignacego Loyoli. Pamiętam, też o tym, że tak łatwo być zwiedzionym, zwłaszcza pod pozorem dobra. Tak łatwo jest wpuścić "niechcący" i nieświadomie, do swojego życia coś, co może zamknąć nasze serce w relacji z Bogiem. I, że tak często, pycha rozumu prowadzi nas na manowce. Ale Jezus pokonał wszelkie zło na Krzyżu, On nas zbawia i wyzwala. Jeśli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości (l J l,9).

Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni (J 8,36)